Za brak wpisu o Stirlitzu (i za to, że nie dotrzymałam danego słowa) - dziękuję z całego serca bloxowi.
Nowa, szkodnicza polityka blogowa, wygląda tak, że kiedy człowiek myśli, że coś opublikował...to może się zdziwić.
Szczególnie, kiedy otworzy o 22.00 książkę, która ma chyba z 500 stron i siedzi nad nią do rana, bo stracił rachubę czasu.
KiciaF-> w ramach akcji "a właśnie, że nie będę przepisywać"- zostawię dzisiaj Agenta w spokoju, ale temat wróći.
Najpóźniej, w ten poniedziałek.
Dzisiaj, będzie raport z poligonu.
Lub jak kto woli z frontu.
Nic, ale to nic - żadne nieszczęście - nie sięga do pięt katarowi Tatusia Green.
W związku z tym, że Ojciec ma katar, Pan Prezydent powinien ogłosić Stan Wyjątkowy, flagi powinny zostać opuszczone do połowy masztu, a ruch uliczny powien zostać wsytrzymany.
W pogotowiu powinien stać pod domem ambulans i karawan.
Oraz szpital polowy.
Na wszelki wypadek.
Moje skierowanie na "wczasy" finansowane do spółki przez Ministerstwo Zdrowia & NFZ - PRZY TAKIM POWAŻNYM STANIE CHOROBOWYM - wysiadają.
Katar Tatusia - to koniec świata.
(Boże, dziękuję Ci, za to, że w tym domu jest jeden chłop, bo gdyby było ich więcej - szlag by mnie trafił - Amen.) Silna płeć k....a!
Kataklizm.
Stan agonalny.
I nic innego się nie liczy.
Zatem, moja przytomna i trzeźwo myśląca Mama - zabrała się za leczenie - leczenie Tatusia - rzecz jasna.
I się zaczęło.
"- Nie rób z siebie kaleki, proszę zamieszać tę wodę i wypić lekarstwa do dna. Nie parskaj cholera, tylko pij ! Nie takie rzeczy piłeś w życiu !!!"
" - Gdzie się szlajasz bez tej kurtki? Albo jesteś chory, albo się wietrzysz !!! "
" - Zamiast mi truć -idź leżeć !!!"
" - Nie męcz k..wa !" (Powiedziane w sytuacji w której miałam ochotę na zamordowanie chorego. )
- Mamo - powiedziała Green - pani w aptece poleciła, żeby to lekarstwo podawać w ostrych stanach chorobowych trzy razy na dobę, a normalnie - tylko na noc. Na noc mu wystarczy, co?!
- Dostanie trzy razy na dobę, bo inaczej wylądujemy w szpitalu dla wariatów. Obie! W chałupie remont, twoja siostra ma defekt mózgu, ten dokucza (czyt. mój ukochany od lat 43. mąż ma katar, a ja to przeżywam bardzo i otaczam go opieką z gorliwością frontowej pielęgniarki), a pies się tłucze do okna - weź go znowu nakarm, albo zaknebluj.
Wczoraj wieczorem, wykąpany, przebrany w pidżamkę koloru błęktnego (i śmierdzący maścią na przeziębienie) - Tatuś Green - wpadł do pokoju dziecięcia swego geriatrycznego.
Z płaczem i żalami, że moja Matka Wyrodna i Wredna Żona chce go zabić, a ja mam go ratować, ale tak...żeby nie usłyszała.
Ekhm...doprowadzona do białej gorączki, Mamusia Green (bo katary i choroby ojca to jest coś na kształt rodzinnej dżumy, czarnej ospy, moru pospolitego, monodramu w teatrzyku jednego aktora i występu małego taliba w jednym) - postanowiła wyleczyć katar cudowną metodą.
(Ojciec, kiedy choruje na coś większego kalibru-zachowuje się normalnie, ale przy katarach i skaleczeniach - odstawia cyrk.)
Podobno testowaną na sobie.
(Ja na sobie przetestowałam prochy na katar i działa.)
Wysmarowała biednemu Ojcu nos (i okolice nosa) maścią na przeziębienie.
Za leczenie chorego zabrała się Mama, bo ja jestem za miękka i znoszę głupotę ofiarnie. Zresztą, ja zdecydowanie się nie nadaję na pracownika służby zdrowia...mam za niski poziom tolerancji i za mało cierpliwości.
o_O
Matka wysmarowała Ojca z argumentacją :"Niech już nie truje, niech się inhaluje".
Myślałam, że zejdę ze śmiechu.
Bardziej udałam, że interweniuję niż zainterweniowałam.
(Czyt. tak mu wytarłam tę nawcieraną maść - jakbym chciała a nie mogła.)
Na rezultaty kuracji, nie trzeba było długo czekać.
Od rana (czyt. bladego świtu czyli godziny 9.50, bo o 9.50 Green postanowiła wstać) mamy w domu ciszę.
Ojciec nie leży, ale siedzi przed telewizorem.
Miły, grzeczny i sympatyczny.
Nie skarży się na nic.
Zdecydowanie, ma się ku lepszemu, już nawet boi się smarkać i udaje, że jest zdrowy.
Po prawie 43. latach małżeństwa Matka Polka Czcigodna - wynalazła patent na spokój.
Założę się, że Ojciec zdrowieje ze ze strachu.
Obie z Mamą, mamy syndrom "after"...ona jest zmęczona, a ja mam Ostry Stan Na W. i w ramach urlopu i Niedzieli Bożej (Amen.)...robię raport miesięczny do firmy.
Bo mi się wcześniej nie chciało, a obiecałam.
Toczę pianę z ust i wolę sie do nikogo nie odzywać, bo to grozi pogryzieniem lub opluciem jadem.
(Chociaż, mając nieczynne dwie ślinianki, można uznać mnie za żmiję z zatkanymi gruczołami jadowymi. Żmija po pacyfikacji.)
(BTW, mam pytanie medyczne: czy gdybym się napiła cilitu bang...udało by się uniknąć operacji i ew. kamień by się zamienił w pianę i ulotnił ?!)
Udanego Dnia -> życzę ja !!!
ps. A jak się uda, będzie późnym wieczorem notka niespodziankowa....ffffkońcu ;), chyba, że mnie wcześniej uśpią z powodu wścieklizny, co jest bardziej niż możliwe.
W końcu mam za sobą morderczy tydzień.
A dlaczego? Hmm...to się nie kwalifukuje na bloga, ale CIESZĘ SIĘ, ŻE ŻYJĘ I DYCHAM JESZCZE.
Jeszcze mam 12 dni uropu- z tą niedzielą włącznie. Coś mi się wydaje, że będą jaja.